Promptokracja, czyli kto tu rządzi

Promptokracja, czyli kto tu rządzi

W lutym tego roku głośno zrobiło się o jednym z anglojęzycznych konkursów literackich. Nagrodzone w nim opowiadanie okazało się dziełem modelu językowego. Jury niczego nie zauważyło, a czytelnicy zachwycali się tekstem, dopóki prawda nie wyszła na jaw. Dopiero wtedy ruszyła lawina oburzenia: okrzyki o oszustwie, zalewie tandety i końcu literatury. Mnie w tej historii uderzyło jednak coś innego. Człowiek, który zgłosił to opowiadanie, musiał najpierw wiedzieć, jak skłonić maszynę do stworzenia czegoś tak dobrego. To nie jest kwestia zwykłego „wpisz polecenie i skopiuj”. To rzemiosło. I to właśnie ono, a nie sam model, jest tu prawdziwą stawką. 

Z tymi narzędziami jest bowiem tak: ta sama maszyna w dwóch różnych rękach daje zupełnie inne efekty. Pierwszy użytkownik wpisuje po prostu „napisz ofertę handlową”, po czym dostaje ścianę nijakiej, ugrzecznionej papki, kręci nosem i ogłasza, że AI do niczego się nie nadaje. Drugi poświęca kwadrans, by wytłumaczyć modelowi, do kogo pisze, co klient zdążył już odrzucić, czego się obawia i jakie są jego słabe punkty. W efekcie otrzymuje tekst, który od razu nadaje się do wysłania. Różnica nie leży więc w samej technologii. Leży w tym, kto potrafił się z nią dogadać. 

I o tym jest ta strona.

Dlaczego to nie jest kolejna moda

Łatwo zbyć całą sprawę machnięciem ręki i uznać, że to minie – tak jak blockchain, metaverse czy każda inna nowinka, którą Dolina Krzemowa próbowała nam wcisnąć na siłę. Tyle że twarde dane na to nie pozwalają. Z samego ChatGPT w lutym 2026 roku korzystało tygodniowo dziewięćset milionów ludzi, a w czerwcu aplikacja przebiła miliard użytkowników miesięcznie, stając się najszybciej rosnącym oprogramowaniem w historii1. To nie są liczby właściwe dla technologicznej zabawki.

A skoro w grę wchodzi praca, warto spojrzeć, jak adopcja technologii wygląda w firmach – i tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Z listopadowego raportu McKinseya wynika, że aż osiemdziesiąt osiem procent organizacji regularnie używa AI w przynajmniej jednym obszarze, a siedemdziesiąt dwa procent sięga po modele generatywne. Tyle że tylko trzydzieści dziewięć procent dostrzega z tego tytułu realny wpływ na wynik finansowy, a zaledwie sześć procent zalicza się do grona tych, którzy na AI naprawdę zarabiają2. Innymi słowy: prawie wszyscy z niej korzystają, ale mało kto potrafi przekuć to w realny zysk. Sami badacze nazywają tę przepaść „teatrem AI” – ruch jest, przedstawienie trwa, a kasa się nie zgadza.

To ważny trop, ponieważ pokazuje, że kluczem nie jest samo posiadanie narzędzia. Chodzi o to, co potrafimy z nim zrobić.

Nowy analfabetyzm

Przez większość historii umiejętność czytania i pisania była przywilejem nielicznych. Kto władał słowem pisanym, ten prowadził księgi, spisywał prawa, redagował podania i testamenty. Reszta przykładała kciuk do dokumentu, którego nie potrafiła przeczytać, ufając, że człowiek z piórem w ręku jej nie oszuka. Pismo oznaczało władzę, ponieważ stało między człowiekiem a wszystkim, co ważne – sądem, państwem, kościołem i pieniędzmi.

Dziś znaleźliśmy się w bardzo podobnym punkcie, tyle że nową umiejętnością nie jest już samo stawianie liter. Jest nią rozmowa z maszyną w taki sposób, by zrobiła dokładnie to, o co nam chodzi.

W tym miejscu często pojawia się zarzut: przecież proste polecenie potrafi napisać każdy. Otóż nie. Żyję z tych modeli – poprawiam po nich teksty, wyłapuję ich nawyki, sprawdzam, gdzie skłamały, a gdzie jedynie ładnie owinęły pustkę w komunał. Przepaść między kimś, kto traktuje czat jak wyszukiwarkę z lepszym PR-em, a kimś, kto prowadzi go jak błyskotliwego, choć niezbyt rozgarniętego stażystę, jest gigantyczna. Pierwszy dostaje językową papkę i wzrusza ramionami. Drugi oszczędza długie godziny i uchodzi w pracy za czarodzieja.

Badania zaczynają to zresztą potwierdzać. W słynnym eksperymencie z udziałem konsultantów Boston Consulting Group ci, którzy mieli dostęp do AI, wykonywali zadania o ponad jedną czwartą szybciej i z wyraźnie wyższą jakością – ale tylko wtedy, gdy mieściły się one w obszarze kompetencji modelu. Poza tą granicą, przy zadaniach pozornie podobnych, lecz wymagających głębszego osądu, korzystanie z AI drastycznie pogarszało wyniki. Ludzie ufali maszynie tam, gdzie nie powinni. Cała sztuka polega na tym, by wiedzieć, po której stronie tej granicy się akurat stoi. To jest właśnie nowa umiejętność. I jak każda inna, dzieli ludzi na tych, którzy ją opanowali, oraz na całą resztę.

Skąd ta nazwa

Promptokracja. Władza promptu – czyli rządy tych, którzy potrafią rozmawiać z maszyną.

Słowo to wymyśliłam z lekkim przekąsem, bo brzmi jak nazwa ustroju z taniej dystopii. Jednak im dłużej nad nim myślę, tym mniej mnie ono bawi. Demokracja to władza ludu, arystokracja – władza najlepiej urodzonych lub najzdolniejszych, a promptokracja to porządek, w którym coraz więcej zależy od tego, jak sformułujesz polecenie. Kto uważa to za przesadę, niech przyjrzy się, kto w jego firmie awansował w ciągu ostatniego roku. Coraz częściej nie jest to osoba, która najlepiej zna się na rzeczy, lecz ta, która najsprawniej potrafi skłonić maszynę, by odrobiła robotę za trzech.

To nie jest blog pełen bezkrytycznego zachwytu. Moich obaw i podejrzeń wobec tej technologii wystarczyłoby na osobny cykl tekstów – i pewnie taki powstanie. Jednak wmawianie sobie, że to tylko przelotna moda, jest tak samo naiwne, jak bezrefleksyjne zachwycanie się każdą kolejną wersją modelu.

Czego tu nie znajdziesz

Po pierwsze – suchych newsów w stylu: „firma X wypuściła model Y, oto dwanaście nowych funkcji”. Od tego są portale technologiczne; robią to lepiej i mają od tego ludzi.

Po drugie – poradników typu: „dziesięć promptów, które odmienią twoje życie”. Po prostu nie znoszę tej formy, a większość z tych gotowców i tak w praktyce nie działa.

I wreszcie – korporacyjnego nadęcia. Języka konferencji, na których wszystko bez wyjątku jest „rewolucyjne” i „zmienia reguły gry”, a po wyjściu z sali okazuje się, że ta wielka nowość to po prostu funkcja, którą od dawna mają trzy inne aplikacje.

Czego się spodziewać

Przede wszystkim – spojrzenia od kuchni. Pokażę Ci, gdzie AI realnie skraca pracę, a gdzie produkuje językowy plastik, który wygląda na gotowy produkt tylko do momentu, gdy zaczniesz się w niego wczytywać.

Spodziewaj się też sekcji zwłok głośnych afer i wpadek. Będę rozkładać je na części pierwsze tydzień lub dwa po fakcie – dopiero wtedy, gdy opadnie pierwszy kurz i dokładnie widać, co tak naprawdę zawiodło.

Nie zabraknie tu również popkultury. Najciekawsze rzeczy wokół AI dzieją się dziś bowiem nie w laboratoriach, lecz w rękach zwykłych ludzi, którzy używają tej technologii do celów, o jakich działom marketingu nawet się nie śniło.

Wszystko to pisane po ludzku – lekko, czasem złośliwie, ale zawsze szczerze. Skoro przyszło nam żyć w promptokracji, to chciałabym, żebyśmy przynajmniej wiedzieli, w co gramy i kto przy tym stole rozdaje karty.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.Wymagane pola są oznaczone *